środa, 10 września 2014

Wagary,"pachta", polityka i co z tego wynikło

Co to za uczeń co na wagary nie chodził?...nooo byli i tacy co nie chodzili ale to inna zupelnie półka ludzi,
nie bardzo mają teraz co wspominać,choć z pewnością się bardzo myle bo każdy człowiek ma te chwile piękne i złe ..jak to w życiu.,ale sądze że mieliśmy je bardziej kolorowe i fantastyczniejsze,pełne szalonych pomysłów,gdzie nie było miejsca na niemożliwość.Jeszcze w szkole podstawowej w wczesnych klasach nawet nie myslałem o wagarach,ale gdzieś tak w 7 klasie takie pomysły zaczeły człeka nachodzić zwłaszcza jak pogoda byla sloneczna i książki bardzo ciekawe miałem do czytania ..(a czytałem pasjami)W tym okresie dzieliłem wagary na "książkowe" i kumlowskie..tzn takie gdy nas było więcej.Na
'książkowe" wagary z reguły był to cmentarz żydowski lub las chojnicki.Zabierałem wtedy podwójne śniadanie plus kasa na jakies papierochy...i to wszystko wystarczyło by mieć kompletny odlot w inne światy i inne zycie.A z kumplami to szliśmy na Klaskawską do Lipy chojny albo nad Ostrowite gdzie otwieralismy sezon letni (mimo lodowatej wody...brr)..lub graliśmy w "Baśkę"czy "skata"Tak pół na pół wszystko się jakoś udawało do czasu jak nas ktoś nie złapał albo wykablował ..(byli i tacy..)..i kończylo się to u "Jasia"(dyrektor szkoły) na dywaniku..plus parę razy po pysku (to dla zapamiętania)plus mama proszona do szkoły...biedna mama ,nie miała ze mną łatwego życia.
.Że wszystkiego brakowało to było jakby normalne,i to dotyczyło prawie wszystkich moich kolegów i znajomych...brakło na kino..na słodycze..praktycznie na wszystko...co nas oczywista nie wpędzało w jakieś frustracje i szczególne kompleksy nie było to nie i tyle,a jak się bardziej coś chciało to kobinawało się z złomem,butelkami i makulaturą.Tak do 12 roku życia nie zwracało się uwagi na to jak kto żyje i co ma..to nie było absolutnie wazne,lecz w miarę lat zaczynało się widzieć więcej i pierwszy policzek od życia że jesteś ktoś gorszy,że nie wypada z tobą przebywać,że to nie ta sfera..(chodziło o jednego kacyka czerwonego z którego synem się kumlpowałem)ale też były rodziny od dziesięcioleci osiadłych w Czersku którym komuna pozabierała co mieli najlepszego.(czyli antykomunistyczni w całej swej postaci)ale pozostało w nich to poczucie wyzszości,czegoś lepszego...oczywiście mowa tu o rodzicach czy tez o dziadkach i oczywiście nie wszystkich...mimo że ich świat przeminął wraz z wejściem bolszewików..A tak poprostu dalej przrerabiana mlodych umyslow na socjalizm...nie bylo latwo....u nas caly czas byl steorotyp bolszewikow z karabinami na sznurkach..slowo!..liczylo sie slowo rodzicow i to co przeszli......u nas w Czersku jak wiadomo wiekszość byla w w niemieckim wojsku...czy to zle?...coz byl wybor albo Stutthof albo wermacht...to ss chodzili zgloszeniowcy i tak nie wszyscy ..ale kilku z czerska bylo ...slowo!..nawet w waffen ss..nawt spotkalem brendziaża ..czyli czleka co denaturat pil ...a walczyl w waffen ss na wschodzie i on za wino opowiadal ..jak ..komisarzy ruskich likwidowali....oj doceniam te czasy baaaardzoo...i on opowiadal że problem byl wtedy gdy mieli malo naboi...to wtedy zakopywali zywcem bolszewików...strasznee!znam nawt nazwiska ..dzis bardzo prominętnych ludzi...ale co tam to przeszlosc.Dla mnie kosciol i wiara to potega byla ....choc Drozd z nami się nie certolił...nawet w pysk potrafil dac ...jak nie bylo po jego mysli....a miał lapę naprawde ..starszy gośc..a wiedzial jak lać...tata stary narodowiec...bo w Czersku i okolicach narodowcy mieli klimat duzy..(zostalo i mnie to)...jak np.w centralnej Polsce mialo duzo do gadania PPS  to tutaj głównie ONR..i podobne filie....Pan Piekarek i rodzina czynnie dzialali w tych kręgach i to nie ma nic zlego ..mieli poglądy jakie mieli i jest ok.A mój ojciec mial podobne ,chyba nawet sie udzielał...do konca zycia byl wielce propolski...swięte to bylo dla niego..i tak tez mnie wychowal...najpierw jak bylem maly to opowiadal o ruskich i karabinach na sznurkach ...gdy bylem juz starszy i czytalem ...to podpowiadal co czytac...a z tym bylo za komuny ciezko ...mial swoją literature o Dmowskim ..o ONRrze i tym podobne rzeczy...powoli ..powoli ..przeksztalcalem sie w antykomunistę....mialem kumli podobnie myslacych ..i tak sie to zachaczalo...tylko ja chcialem wiecej...pierwszy raz do Gdanska do Dominikanow pojechalem w 78 roku ..poznalem Halla.. i jego zonę ...to byl Ruch Mlodej Polski..pręrznie dzialala ta podziemna organizacja...czulem jakbym przestawial swiat...naprawde!!...a nic nie wiedzialem o następstwach ..upss tak chyba zawsze jest....pierwsza wpadka ..byla w 78 roku poznalem smak komuny....ja razem z kumplem robilismy tzw mały sabotaż czyli malowanie na murach
..w jednej nocy bylo pelno ...czyli wypas malowan w rodzaju smierc komunie czy tez gwiazda równa sie hakenkrojc....na drugi dzien nas zwinięto ...jakis ormowiec ..teraz juz wiem kto podkablowal nas.....rannnnny przyjechalo SB az z Bydgoszczy..lali nas jak psów sine bylo wszystko ..najwiekszym gnojem byl Megier ...ten lał z pięsci jak byliśmy zakuci do kaloryfera
..a kaloryfer gąrocy jak cholera!...wczesniej wiedzialem jak gadac ...ze to z glupoty ..ze jestesmy narkomani .....lykneli ..to i dostalismy tylko kolegium....ale mordy zbite strasznie ...matka moja jak mnie zobaczyla ..to sie przezegnala ...taki siny bylem...oj ciekawie sie dzialo..dla niektorych w Czersku to nie przyzwoite było podnosić rękę na na władze ludową nie mieściło się to innym w głowie że można było myśleć inaczej.

Szperanina czyli ciekawostki i różności Czerskie.

Chciałbym przeprosić wszystkich moich czytelników tego bloga za tak długie milczenie ..powodowane ono było tym że człowiekowi nie zawsze chce w życiu wyjść tak jak by chciał,a jak doda się do tego że jest sie wdowcem i ma latorośl dojrzewającą to nie zawsze można robić to co się by chciało...no i oczywista druga młodość gdzie serce czasem krwawi ale co zrobić ....życie.Obiecuje że na dniach jeszcze wrócę do pisania systematycznego ,wiadomości tez wiele będzie.Pozdrawiam.

Podczas szperania w różnych dokumentach i "latania" po sieci trafiłem na to pod jakim wezwaniem był kościół ewangielicki więc pełna nazwa to "Kościół Jezusa Chrystusa i Świętych w dniach ostatnich"wybudowany w latach 1898 -1900 oddany parafianom w 1900 przynalezała do niego plebania ..(dzisiejsze przedszkole) ogród i sam kościół.Pod opieką też była ochronka czyli jakby dziś powiedzieć przedszkole(ośrodek zdrowia dzisiejszy)i szkoła na Kościuszki,więc życie ewangielików naprawde bujnie kwitło i rozwijało się.Obok ośrodka zdrowia była synagoga lecz z braku wiernych sprzedano i rozebrano ją w 1929 roku o ile wiem kupili to państwo Durajewscy...co pozostało to w nazwie pózniejszym czasie jak był tam sklep spozywczo-monopolowy..że jak się szło kupic alkohole to do "Duraja"..podobnie było z restauracją "Pomorzanką" że to była knajpa u "Jagali"Ciekawa jest też historia dzwonów w naszym kościele.
Przed pierwszą wojną swiatową 
W dzwonnicy znajdują się cztery dzwony. Przed I wojną światową wisiały trzy. Jeden dzwon pochodził z roku 1879, drugi z 1848, trzeci z 1736. Ostatni dzwon został zachowany i służy jako sygnaturka. Pozostałe dwa dzwony sprzedano, a na ich miejsce sprowadzono trzy nowe.
Dzwony zostały odlane w Lubece przez ludwisarnię M. u. O. Ohlsson. Nastrojono je na akord: ais, fis i dis. Największy dzwon waży 1 400 kg. Ufundował go Jan Ohnesorge.
Aktu poświęcenia dzwonów dokonał 14 lipca 1912 proboszcz Bukowski z Łęga.
Na dzwonach znajdują się następujące napisy:
dzwon ais – Ad maiorem Dei gloriam Pio X. Pont. Max. Dr. Augustino Rosentreter. Episc. Culm. Casimir Sprengel, parocho Czersc. A. D. 1912. ad honorem St. Casimiri.
dzwon fis – Gloria in exelcis Deo et in terra pax hominibus Pio X. Pont. Max. Dr. Augustino Rosentreter, Episc. Culm. Casimir Sprengel, parocho Czersc. A. D. 1912. ad honorem Beatae Mariae Virginis.
dzwon dis – Vox clamantis in Deserto, Parate viam Domini Pio X. Pont. Max. Dr. Augustino Rosentreter Episc. Culm. Anno Domini 1912 ad honorem St. Joannis Babtistae. Fundavit Mercator Joannes Ohnesorge et uxov Angela nat. Kraske." o czym pisal p.Frydrychowicz.....poświęcone zostały w 1912 a juz trzy lata pozniej władze pruskie skonfiskowały je na cele wojenne.
Na nowe dzwony parafia mogła się zdobyć dopiero w 1935 r., a i to z wielkim trudem. Zamówienie wykonała Stocznia Gdańska. Trzy dzwony w tonach d1, g1 i a1, razem z wiszącym już na wieży dzwonem f1 (ocalałym w 1915 r. lub sprowadzonym od tego czasu), stworzyły zestaw molowy d-f-g-a - motyw „Per omnia saecula”. Dzwony zaprezentowano parafianom w niedzielę 6 października, a poświęcenie miało się odbyć 20 października 1935 r.
Te dzwony również przetrwały zaledwie kilka lat. Zmiotła je z wieży następna wojna - zostały zrabowane przez wojska niemieckiew 1940 (moge sie mylić).
Obecnie na wieży znów wiszą cztery dzwony. Trzy z nich zostały ufundowane w 1957 r., za probostwa x. Dorsta. Noszą imiona : św. Franciszek, św. Kazimierz i św. Maria Magdalena. Pracownia ludwisarska „Jan Felczyński” potwierdziła, że pochodzą z ich przemyskiej odlewni. Niestety dokumentacji z tych czasów pracownia nie posiada.
Z pomiarów średnic  
- św. Franciszek : 91 cm, ton a1, waga 500 kg
- św. Kazimierz : 108 cm, ton fis/ges1, 800 kg
- św. Maria Magdalena : 140 cm, ton d1, waga 1650 kg.
Czwarty, średnicy ok. 110 cm, ma datę 1907 r. i chyba pochodzi z kościoła protestanckiego, który wg  w tym właśnie roku ukończono zreszta 
Inskrypcja „Evangelischer Gemeindekirchenrat zu Czersk” nie pozostawia wątpliwości.
 Razem tworzą czterogłosowy zestaw durowy d-fis-a-fis....to na razie tyle o dzwonach .

rozbiórka synagogi 1928
kosciół ewangielicki 1963

Przed Czerskim kościołem.



















.....

środa, 28 maja 2014

,
Prywatki,randki czyli poznawanie świata "odrobinę"dorosłego z modą w tle.



Z braku miejsca spotkań dla młodzieży kwitły wszelakie prywatki czyli potańcówki w domach...a jak  prywatki to finałem były randki .Różnie to wygladało kiedyś, ale z dziewczynami nie było łatwo ze względu na pilną kontrolę rodziców...rannny !! co wymyslało się aby spotkać się z tą "wymarzoną"...chłopcy mieli łatwiej ich tak nie pilnowano..ale dziewczyny w wiekszości miały przerąbane..Randkowanie zaczeło sie gdy mialem 15 lat,wiadomo dorastanie ,burza hormonów...wszyscy to przeszli i mniej więcej u kazdego to podobnie było.O stosunkach męsko -damskich tak dostępnie jak dziś to nie bylo,wiadomo dziś świat poprzez internet stał sie globalną wioską,wszelkie informacje można mieć po jednym kliknięciu ale wtedy to tylko jeden od drugiego wiedział co i jak.Kumpla ojciec plywał na statkach (dla nas to on byl krezus!)to podkradal ojcu "świerszczyki"(pół pornograficzne pisemka)jak np"Playboy"..dziś te pisma są normalnie w kioskach a kiedyś można było za takie coś dostać się do paki..tak..tak komuna stała na straży obyczajności bardziej niz kościoł...I ogladaliśmy rozkladówki..az wypieków dostawaliśmy na widok tych gołych tyłków..hihihi..dziwowaliśmy się czemu one są wystrzyżone a jeden starszy kumpel powiedział że to dla higieny aby nie śmierdzialo...hahaha...i święcie w to wierzyliśmy..oj ..czasy ..czasy.
Samo pójście na randkę to była cała przeprawa...no bo najpierw kasa..(choćby minimalna)potem ciuchy,domywanie się i cała butelka kolońskiej na siebie ..hihi..no tak się uważało że jak się już pachnie ..to się jest kimś...całe szczęście że tata dobierał sobie dobre wody po goleniu...raz miał nawet "Brutala"ale nie to dzisiejsze badziewie ..co nie nie ma nic wspólnego z prawdziwym...to był zapach!..z daleka czuć było jego specyfikę.miał coś w zapachu z innego świata ..taki "pewexowski"Jak była pogoda ..to żaden problem ...szło się na spacer..oczywista do lasu chojnickiego,tam były ławeczki ...z dala od "starych",można było się poprzytulać ..za rączki się ściskać..tak..tak ..za rączki!..o czymś innym można było zapomnieć..!hihi.i co najważniejsze w pogodę..to to że o kasę martwić sie nie było trzeba..........gorzej jak był deszcz...albo zimno...wtedy pozostawała "Muszelka"..lub sala bezalkoholowa w "Pomorzanie"a wtedy trzeba było miec choćby na najmarniejszą herbatkę(kawy nie lubiliśmy wtedy)a jak się miało gest to nawet butelkę Pepsi.
Prywatki tzw to odbywaly się w domach tych co mieli miejsce aby taka imprezkę zrobić,jak wiadomo wielu z nas nie miało "salonów"w tamtych czasach jak ktoś miał 2 pokoje i kuchnie to już bylo coś!...często było tak że ludzie mieli pokój i z czymś co mialo być kuchnią..i żyli tak po 4-6 na tym,i powiem wam że nikt specjalnie nie narzekal..ot było jak było..ważna wtedy była więż w rodzinie,wzajemne wspomaganie i cieszenie się z każdej rzeczy jaką dzień przyniósł..Więcej było spraw co robilo się razem,troska o np.młodszego brata czy siostre..dzieciaki wtedy bardzo szybko robiły się samodzielne..życie szybko uczyło dawać sobie radę..taka konieczność...jak dziś spogladam na dzieciaki ,wychuchane ponadmiare,wiecznie zapatrzone w siebie(nie wszyscy oczywiście).Gdzie ten czas gdy ulice ,podwórka były pełne dzieciakow??..gdzie gwar ,piski i śmiechy?..zamarło to jakoś,stalismy się dla swoich dzieciakow nadwrazliwi..nie dajemy im poczucia wolności....czyli  co??żandarmeria polowa...hihi.Niedawno zadzwonili do mnie ludzie z uniwerku III wieku...o cholera!!...taki stary jestem?....zadzwonili i co??mam im opowiadać o Czersku? ...upps ciężko będzie,chyba nie umiem,wolę pisać......zobaczymy jak to będzie.
OO...oo! długo mnie tu nie było...ale co zrobić wakacje plus różności zaległe takie że "zapuściłem"trochę tego mego bloga...spokojnie naprawimy to,jakoś to się da.
Na temat  mody w tamtych czasach wiele już napisano cóż każdy pewnie wie co to za spodnie"dzwony"czy też "szwedy"hee..hee,,z małymi kieszeniami na zewnątrz.
Krawiectwo miało raj i wielkie "żniwa",kupić się tego nie dało...więc w moim przypadku pozostał krawiec Sieracki z Targowej,naprawdę mistrz nad mistrze ,tak kombinował żeby to extra wygladało i było odrobinę ładniejsze niż inne spodnie.Oczywista szczytem wszystkiego były ciuchy z Pewexu....eee to był inny świat,inna bajka.Cenne były Wranglery ale te dopiero póżniej,najpierw były Lee..prawie 9 dolców za spodnie i Levisy..ale te grube, solidne ...niebieskie marzenie każdego nastolatka.Kto mial krewnych zagranicą ten wie co to znaczyło.Gdzie ten czas gdy pół litra żytniej z kłosem kosztowało 65 centów..a paczka cameli (oczywiście bez filtra)40...45 centów,piszę oczywiście o cenach w Pewexie..Pewex był na nasz powiat jeden ,tylko w Chojnicach...a pózniej w Czersku  na dole hotelu naprzeciw dworca...zapach tego sklepu do dzis pamiętam...nie da się tego zapomnieć.











czwartek, 10 kwietnia 2014

Wydarzenia zasłyszane z życia mieszkańców Czerska,te prawdziwe i te różne...


Nasze miasto mialo też swój koloryt inny trochę niż w innych miastach....jakby choćby nazywanie mieszkańców "laczkarzami"jak na dzień dziesiejszy dla mnie jest to swoisty powód do dumy ale kiedyś to raczej nie bardzo i za takie coś delikwent conajmniej mógł zarobić w "munie"Z opowieści starszych Czersk byl "potentatem" w robieniu laczków czyli obuwia domowego..jeszcze przed wojna gdy bezrobocie było duze a bieda cisneła co cwansi zaczeli robić właśnie to obuwie a do stworzenia go nie trzeba bylo wiele...trochę materiału, kartonu i gumy.. z opony najlepiej.Tak się to rozwineło że nie było domu (oczywiście w tych bezrobotnych kręgach)gdzie nie robilo się tego...nawet za moich czasów w domu było trochę przyborow szewskich i tata zawsze umiał sam zrobić laczki i naprawić to co się zdarło czy zepsuło...tak że panie i panowie z naszego szacownego grodu nie ma powodow do wstydu w końcu nie każdy moze być laczkarzem.


Tematem o któym się mało bardzo mówi jest wcielanie młodych czerszczan do wehrmachtu...na pewno co niektórzy powiedzą że to zdrada! i takie tam bajki ...ale sytuacja tu na miejscu inaczej wygladała..Gdy w 1942 roku weszła ustawa o III grupie narodowościowej tzw "Eingedeutsch" oznacza "zniemczony" i była to operacja uznania wszystkich mieszkańców terenów włączonych do Rzeszy (dotyczy to Pomorza) -
prawdopodobnie z wyłączeniem określonych grup - Zydzi, Cyganie, etc. za obywateli niemieckich niejako z urzędu i miało na celu zapewnienie Niemcom rekruta.Za nie podpisanie niemieckiej listy narodowościowej groziła nawet śmierć albo co najmniej wywiezienie do obozu  Stutthof  całej rodziny,większość mieszkańców podpisywała tą listę,Liczy się że ok.900,000 tys Polaków z Pomorza zostało do tego przymuszonych
.


Z mojej rodziny aż troje było w niemieckim wojsku,tzn tata i jego dwaj bracia.Wszyscy cało wrócili z wojny a losy ich starczyłyby na nie jeden dobry sensacyjny scenariusz do filmu.Ojciec najpierw był na robotach u bauera gdzieś pod Szczecinem a gdy stukneło mu 18 lat dostał powołanie do wojska.Z opowiadań ojca wynika że najpierw zebrano ich na rynku w Czersku a potem juz w grupie przeprowadzono na dworzec do pociągu do Niemiec na szkolenie..opowiadał mi że była ich wtedy bardzo duża grupa młodych Czerszczan i że jak odjeżdzali to spiewali hymn Polski "Jeszcze Polska nie zgineła"..nie bardzo mi się chciało wtedy wierzyć iż tak było ale po latach ktos zupelnie inny też mi o tym opowiadał czyli to była prawda...ha! czyli chłopaki z charakterkiem byli! .następnie już po szkoleniu przeniesiono go w Danii i chyba troche tam był bo z Wiśniewskim z Szkolnej byli na urlopie gdzie jak wracali zabrali z soba polskie metryki urodzenia(czyli już wtedy kombinowali jak tu im zniknąć)Z Danii przeniesiono go do Wloch gdzie "dostał" się do amerykańskiej niewoli(już było lądowanie amerykanow w Włoszech)jako że dużo Polakow mialo polskie metryki odstawiono ich do dyspozycji armii Andersa,gdzie takich jak ojciec po sprawdzeniu wszystkiego brano do polskiej armii...nawiasem mówiąc skąd Anders mial brać żolnierzy?..więc to była dobra sposobność..zreszta zolnierz był wyszkolony,obyty z dyscypliną..a chlopaki chetnie szli do Andersa...no i powalczył ojciec i o Cassino i Bolonię...tym razem w polskim mundurze tak jak powinno być.Ojciec kampanię wloska przeszedł w 5 Kresowej Dywizji jako radiotelefonista...tam prawdopodobnie spotkał się z bratem który po kampanii włoskiej ożenił się z włoszką i wyemigrował do Argentyny..mieli z nim kontakt gdzieś do 1950 roku i kontakt się urwał ,szukano go przez PCK i nie dało rezultatu...cóż i tak bywa..Starszy brat ojca Paweł był najpierw w Francjii a potem przypadkiem wysłano go na front wschodni...piszę przypadkiem ponieważ nie brano za bardzo w te rejony chłopaków z Pomorza...był gdzieś w okolicach Lwowa a pozniej kolo Lublina gdzie złapala ich partyzantka NSZ ...w tamtych czasach nie bardzo patyczkowano się rozwalali wroga na miejscu..ale że wujek mial polską metrykę to przyjęto go do oddzialu gdzie już było kilku ślązakow i walczył aż do 1947 roku Po tym jak rozbito oddział..przedostał się na Pomorze ..i na fałszywych dokumentach zamieszkał gdzieś za Człuchowem .....dopiero po  1956 roku powrócił do swego nazwiska.Losy ich naprawdę nie były łatwe..mlode chłopaki a tyle musieli przejść..cóż los każdemu pokoleniu daje jakieś niespodzianki i napewno nie mozna o nich powiedzieć że byli zdrajcami czy też kolaborantami choć i tacy byli w Czersku ale o nich lepiej zapomnieć bo przypominanie o nich po latach jest już bez sensu.
Inną opowieścią którą opowiadał mi ojciec a jemu opowiadał jego ojciec to opowieść o partyzantach ale nie tych z II wojny światowej ale tych z I wojny w jej trakcie i zaraz po niej.
To był szczególny czas dla całego Pomorza. W czasie, gdy w Warszawie politycy już ćwiczyli swoje kłótnie i podjazdowe wojenki(nic się nie zmieniło od tego czasu) Pomorze czekało na rozstrzygnięcia wersalskie. niepewne swojego losu
Władza w Niemczech właściwie nie istniała, a jeśli nawet wydawało jej się, że istnieje, to niemieccy landraci poszczególnych okręgów na Pomorzu często nie przyjmowali tego faktu do wiadomości. Każdy z nich rządził się na swoim terenie, jak chciał. Prowadzili swoją powiatową politykę, wydawali odmienne w każdym okręgu przepisy, panowała pełna samowola oparta na karabinach. Ponieważ zaś jednym z efektów takiego stanu rzeczy był dość powszechny głód, nietrudno wyobrazić sobie reakcje ludności. Jeśli dodamy, że ta anarchia miała swój ideologiczny sztandar walki ze wszystkim co polskie, będziemy mieli mniej więcej pełny obraz tamtego czasu.Prostą konsekwencją powyższego było pojawienie się w niektórych okolicach czegoś w rodzaju ruchu oporu. Szczególne jego natężenie objawiło się w naszych Borach Tucholskich, gdzie już w 1916 roku pojawiły się pierwsze oddziały złożone z polskich dezerterów z Wehrmachtu i działające póki co na własną rękę i we własnym, wąsko pojętym interesie..wiadomo przy uwczesnym bałaganie powojennym dezerterów nawet nikt nie ścigał.....Pierwszą taką grupą była "Grupa Kleinschmidta”.potrafiła zaleźć Niemcom za skórę. Kleinschmidt, mimo brzmienia nazwiska, szczery Polak, zarządził bowiem, że obiektem ich napadów mogą być wyłącznie Niemcy, przy czym obojętne mu było, czy byli to wojskowi, czy cywile. Rabowano wszystko, co się dało, ale najbardziej poszukiwana była żywność. W momentach sukcesów na tym polu rozdzielano jej część wśród miejscowej ludności polskiej, co z kolei było powodem, iż te „janosikowe” wyczyny przechodziły do legendy.Znikal i pojawiał się jak duch,mieli z nim Prusacy kłopot co nie miara,jak w końcu (przez zdradę)udało im się Kleinschmidta zabić to ludzie z Czerska i okolic zwyczajnie w to ....nie uwierzyli..cóż legenda pozostała ,szkoda tylko że dziś się o tym nie mówi i nie opowiada..a myslę ze i dla przyjezdnych jak i dla nas taki nasz "Robin Hood"to niezła promocja byłaby i Czerska i okolic bo takich historii mało naprawdę jest.
Innymi postaciami kórzy dali się w znaki Prusakom byli bracia Gnacinscy z Stodółek .
. Prowadzili partyzantkę w okolicach Czerska, podobnie jak Kleinschmidt, ale z większym rozmachem i fantazją. Ich dzieje to gotowy scenariusz do filmu historyczno przygodowego.Przykładem może być akcja jaką wykonali gdy G r e n s c h u t z aresztował polskich zakładnikow z Czerska i okolic, wsród zakładników był ich brat Bolesław,wtedy August i Stefan wraz z oddziałem któremu dowodzili w sile ok.100 ludzi rozbili oddzial Grenschutzu i uwolnili wszystkich zakładników.Partyzancki oddzial szczególnie zapisał się w dziejach Czerska i Pomorza w ich walce o wyzwolenie z pod pruskiego buta.
W czasie jednej z akcji w grudniu 1918 roku, zabity został niemiecki nauczyciel Thiele. Na dobrą sprawę, nikt nie widział zabójstwa, a zresztą nie było wtedy nikogo, kogo by to jakoś szczególnie obeszło.

Taki ktoś pojawił się kilka lat po wojnie. No i w wolnej Polsce, w 1923 roku Gnacińskiemu wytoczono proces karny o zabójstwo.

Przy okazji wyszło (dopiero wtedy), że Gnacińscy byli między innymi … dostawcami broni dla powstańców wielkopolskich, uzbrajali całe oddziały, które szły z Pomorza by walczyć po stronie poznaniaków i co jeszcze ciekawsze, oficerom wojska polskiego przekazywali znaczną część rabowanego złota.

Mimo to proces przeprowadzono uznając, że ich działania mogące być kwalifikowane jako „partyzantka patriotyczna” nie usprawiedliwiają czynów ewidentnie kryminalnych.

Gnaciński został uniewinniony z braku przekonujących dowodów, ale nie to jest ważne. Istotne jest to, że ten proces się odbył.....rózne są zakręty historii.O tych bohaterach bo tak ich trzeba nazwać..powinny utrwalać pamięć nasze obecne władze...ale póki co....cisza...cóż...cdn.
Inną postacią i to negatywną był Gross ,niemiec od dawien dawna osiedlony w Czersku,mający tartaki ,fabrykę listew,młyn wodny i stawy i udziały w browarze Czerskim...jak już kiedys pisałem gdy tata był młodym chłopakiem to pracował i przy stawach w wybieraniu karpia i innych ryb,w młynie i w tartaku to opowaiadał jak to w nocy  do willi na Młyńskiej czarna kareta podjeżdżała zaprzężona w 6 czarnych koni..że z pod kopyt iskry się sypały i że Gross miał pakt z diabłem..nie był lubiany,był zarozumiały i ludzi miał za nic i traktował ich jako trybiki w jego maszynie ,byli tylko narzędziem w jego zakladach.Gdy Niemcy w 1939 weszli do Czerska to on został burmistrzem i pierwszy organizował aparat okupacyjnego terroru - placówki służby bezpieczeństwa, policji ochronnej (Schutzpolizei), żandarmerii (komendant Korsanke) i Gestapo.Znał tu wszystkich i to on wraz z innymi typowali kogo aresztować...znał tu każdy kamień i każdego znanego człowieka...ba! z niektórymi nawet był w bardzo dobrej komitywie...ale jak się okazało to tylko do czasu.On też był inicjatorem zmiany nazwy Czerska w kwietniu 1942(25IV.42)1942na Heiderode.To on m.in witał w Czersku gauleitera A.Forstera w kwietniu 1942 i w listopadzie ministra spraw wewnetrznych Rzeszy W.Fricka....straszna kanalia,szukam obecnie materiałów o jego dalszych losach bo o ile wiem chyba udało mu się uniknąć kary.Z tego co wiem od mieszkańców to w latach 60 tych często i gęsto wille na Młyńskiej odwiedzali jacyś Niemcy,nie wdawali się w rozmowę tylko oglądali i fotografowali..
W sumie pod przymusem i grożbą śmierci lub wywózką do obozu III grupę przyjeło w Czersku 76,3% mieszkańców czyli ok.6721 ludzi.Lecz mimo że siłą wcielano ich do wojska niemieckiego to po wojnie dużo bardzo wracało już w mundurach Polskich i w tym właśnie czuje się duch czerszczaków,do końca niezłomnych.

piątek, 28 marca 2014

Oryginały i dziwacy


Jak każde miasto czy też miejscowość ma swych oryginałów i czasami dziwaków ,Czersk się nie różnił i też takowych miał,przy czym słowo "dziwak"nie należy traktować jako coś ubliżającego ..poprostu Ci ludzie byli inni.
Jednym z oryginałów byl niejaki Gromowski z pod Świdna ,dwa razy w tygodniu (gdy były targi czyli "rynek")przyjeżdzął do Czerska na rowerze z swymi miotłami z brzózek i sprzedawał je, a że robił je bardzo dobre zawsze miał na nie zbyt,słynął z tego że jak sprzedał wszystko zabawiać się lubił w barze "Muchomorek"..i tak podchmielony przepowiadał pogodę na dzień a czasem na cały tydzień.Co dziwne ale jego prognozy zawsze tak na 90%się sprawdzały.Dzieciaki za nim latały i piszcząc pytały się jaka bedzie pogoda ...a on z stoickim spokojem mówił że taka czy taka pogoda będzie.....i zawsze poważnie i dostojnie, mimo że czasem ledwie się trzymał roweru.
Innym ewenementem był smakosz denaturatu i wszelkich "wynalazkow".."Kur zapiał" taki miał pseudonim ,(niestety Ci panowie się nie przedstawiali )były zołnierz gen.Sosabowskiego,skoczek spadachronowy w Holandii,powrócił do Polski w 1948 roku i po pół roku skazany na więzienie z którego wyszedl w 1956 roku ..rozpil się ,nie potrafił się odnależć w tej komunistycznej rzeczywistości i stoczył się jak wielu mu podobnych,miał tę zaletę że potrafil opowiadać..a ja umiałem słuchać i dzięki temu wiele wiedziałem.Pamiętam że jak talizman nosił z sobą krzyż walecznych..była to dla niego wielka relikwią
Kto nie znał Lenki.?....Lenka poprostu sprzątała ulice..(tak..tak była kiedyś taka funkcja)zamiatała ulice..uprzątała łajno końskie zbierała papierki..i pchała wielki wózek na śmieci.....śmiały się z niej dzieciaki i wołały "Lena,legnij w bruzda bo duperdekiel leci"..złościła się okropnie...okrutne to było i straszne ...co nie jeden  zarobił za to miotłą po głowie... i co nie jednego, gdy złapała zaprowadzała do szkoły...a tam wiadomo sprawy załatwiano w prosty sposób.....sprawowanie obniżone i oczywista po pysku ostro się dostało.Szkoda mi po latach tej kobiety....może teraz po latach niech to będzie forma przeprosin..i pamięć o pracowitej kobiecie.
Inną kobietą, z której się śmiano...głównie dzieciaki ,ale też łobuzeria była niedowidząca..która chodziła z kolorową laską..nie wiadomo dlaczego ,ale baaardzzo nie lubiła jak mówiono "Wala 3/15"no dostawała szału!..jednemu takiemu nawt tą laską rozwaliła głowę...dziś byłaby to afera...a wtedy szybko łobuz uciekł i w życiu nie przyznal się, że to zrobiła ta Pani.
Świetnym fachowcem od wszelakiej motoryzacji był "Piszczek"....u niego w tych "ciężkich
'czasch socjalizmu można było kupić wszystko co się tyczyło rowerów,motorów i czasem samochodu.Mial części do wszystkiego...to był ostatni punkt zdobycia czegoś potrzebnego...jak u niego nie było to nie było nigdzie w promieniu 20 km..my jako smarkacze często do niego chodziliśmy po łańcuchy do rowerów lub po dętki...i czasem się zapomniało i mówiło "Panie Piszczek"...to najpierw nic nie mówił a potem chwytał taka gumę i pogonił kto nie mial refleksu załapywał się z reguły na bolesny uraz dolnej części ciała....nie cierpiał jak się tak mówiło..ale tylko po tym przezwisku wszyscy go znali,mieszkał na 21 Lutego (dawna Młyńska).
Na ulicy Targowej w kamienicy tuz obok Zakladow Remontowych mieszkały dwie abstrakcyjne że tak się wyrażę panie...naprawdę to była absolutna abstrakcja...(dla dzieciaków oczywiście)oczy i twarz mocno wymalowane i wypudrowane plus nadmierna czarna kreska nad brwiami i krwistą szminka wymalowane usta...taki czlowiek robił wrażenie!..włosy rozwiane ..można było się bać naprawdę,była to ponoć matka i córka.Nikomu krzywdy nie robiły ale i tez dzieciaki nie śmiały się śmiać..nigdy! cos w tych kobietach budziło respekt dzieciakow.Gdy już byłem starszy to tyle od ludzi wiedziałem że spotkała ich jakaś tragedia..że były to piekne kobiety...popadły w lekomanie..(narkomanów wtedy nie było)i swoisty obłęd...zresztą miały swój świat..swoje patrzenie na niego...wspominam dlatego że w tych szarych czasach dodawały jakby kolorytu z obrazów surealistycznych...nigdy nie wiedziałem jak się nazywały,mowiono na nie"fankidajskie"skąd ta nazwa..?nie mam pojęcia...poprostu nazwa..a może ktoś wie dlaczego tak je nazwano ?a może to od nazwiska?.
Wiele postaci się już zapomnialo,cóż pamięć to coś bardzo ulotnego ale choć te postacie hmm ...może wg..mnie najbardziej charakterystyczne pozostana w pamięci na odrobinę dłużej.


poniedziałek, 3 marca 2014

Szkoła i nauka zawodu.

Kiedyś jak już pisałem, większość uczni szkoły podstawowej szła uczyć się dalej do szkoły zawodowej,trwało to krócej niż szkoła średnia(2-3 lata)i miało się ten "fach" w ręku.Tym bardziej że pracy było sporo,każdy jakoś na ten chleb mogł zarobić...a młodzi chcieli się szybko usamodzielniać finansowo bo wiadomo w domu z pieniędzmi się nie przelewało.A szkoła średnia praktycznie nic nie dawała,trzeba było dalej kontynuować naukę..no chyba że miało się poparcie w aparacie władzy to do biura plus jakiś kurs  wtedy jakaś praca "umysłowa"się znalazła .....faktem jest też to że jak ktoś już ukończył srednią szkołę to wtedy w takim malym mieście jak nasze to był ktoś....a jak studia ktoś skończył eee..to już była naprawde szycha...tytułowalo się nawet..pani../panie..magistrze....tak ..tak...dziś już to norma ..ale i poziom nauczania spadł..więc tych magistrów obecnie ..jak"mrówek".Rodzice mieli kłopot ze mną gdzie mnie dać... do jakiej szkoły...najpierw chcieli mnie do Lubiany(koło Kościerzyny) do fabryki fajansu i porcelany,miałem uczyć się malować na talerzach (i nie tylko)..no i to było prawie przyklepane...aż sąsiad z góry pan Dulek powiedział żebędą uczyć snycerki trzech uczni w Spółdzielni Rękodzieła Artystycznego "Meblostyl" i jak bym chciał to zaraz jest egzamin z rysunku i manualnych spraw....mi to było bardzo na rękę ,miałem bardzo blisko jakieś 300 metrów.Egzamin zdałem....i zaczeła się moja przygoda z snycerką czyli rzezbiarstwem w meblach...Nauka odbywała się 3 x szkoła i 3x praktyki w zakładzie.Szkoła jak szkoła ..tylko tyle że trzeba było jeżdzić autobusem do Malachinia ..bo tam przeniesiono szkołę zawodową z Czerska,zdecydowanie bardziej lubiłem praktyki w zakładzie niż chodzenie do szkoły i wkuwanie absolutnie niepotrzebnych spraw jak np..język rosyjski..albo fizyka...albo matma na jakimś niebotycznym poziomie..rozumiałem że technologiczne lekcje i maszynoznawstwo..nooo może jeszcze rysunek techniczny..ale reszta..po co?..zresztą rysunek techniczny akurat w moim przypadku był utrapieniem ...nie znosiłem liniałów..ekierek i cyrkli...dla mnie sztuką samą w sobie było odręczne malowanie szkic czegoś co chcę wyrzeżbić ale trudno..było i basta.Majstrami którzy mieli opiekę nad nami byli Minikowski i Warsinski szczególnie ten ostatni to byl z starej dobrej przedwojennej szkoły snycerki...Panowała ścisła hierarchia na początku byli majstrowie ,czeladnicy ,zwykli robotnicy i dalej ,dalej nic i dopiero my ..czyli uczniowie jak się wtedy mówiło potocznie "sztyfty"...taka hierarchia panowała wszędzie gdzie zatrudniano uczni,gdziekolwiek.Choć jesli chodzi o nas byliśmy na lepszych warunkach niż reszta uczni w Czersku...byliśmy takim oczkiem w głowie "Meblostylu"Pierwszą pracę jaką wykonałem...(wydawało mi się to bez końca wtedy)to szlifowanie ręczne listew profilowych...ranny!! nudna i mozolna bardzo praca!..nam paliło się do dłut ..a tu szlifowanie...cóż ale taka była kolej rzeczy.Po ok 4 miesiącach dostaliśmy swoje stoły stolarskie ,własne szafki narzędziowe i DŁUTA!..i to te najlepsze jakie można było dostać ..austryjackie firmy STUBAI...takim dłutem można było się golić..naprawde!Komplet takich dłut wtedy to jakieś kilkanaście pensji stolarza...tym bardziej że sprowadzano je za dewizy z tzw.2 obszaru płatniczego jakim była reszta świata
niekomunistyczna...Początkowo zabrał się za nas Minikowski..,..z nami chodził i wybierał drzewo..potem wstawialiśmy je do suszarni by odpowiednio wysuszyć,pokazywał jak wybierać z drzewa to co najlepsze które szło na najbardziej eksponowane rzeczy w meblu..reszta różnego rodzaju "odpady" były sklejane i łączone w całość i znów przycinane i wyrownywane....z tego robiło się różnego rodzaju elementy dekoracyjne,łączeniowe jak np.ślimakowe łączenia pod krzesłami i fotelami .Te pierwsze ślimaki.robiliśmy właśnie my..tokarz nam wytaczał poszczególne elementy a my ręcznie już robilismy z niego ślimaka,zaznaczam iż to wszystko było robione w dębie,Dąb jak wiadomo drzewo twarde..podatne czasami jak za bardzo wysuszone na skruszenia..potrafił ranić dłonie gdy się przesuwało po ostrych krawędziach ręką gdy trzeba było zrobić następny ślimak...ale z czasem ręce twardniały...a i nauczyłem się szybko że nie koniecznie trzeba się kaleczyć...tylko wystarczy umiejetnie prowadzić dłuto..no ale to dopiero po czasie gdy swoje już wycierpiałem..hihi...co zrobić sztyft to sztyft...cierpieć musi .Rozpisałem się o nauce początkowej mojej przygody z snycerką..ale sądze iż to odrobinę też ciekawe jest...ten sposób nauki pewnie już nie istnieje..jak nie istnieja hierarchie gdzie każdy znał swoje miejsce,napewno powrócę jeszcze do tego tematu,jest napewno ciekawy szczególnie w póżniejszym okresie.


poniedziałek, 3 lutego 2014


Jak wszyscy chłopacy z Czerska uważaliśmy się za bardzo "miastowych"a reszta czyli chłopacy z okolicznych wsi to "wiesniactwo"i"dezerterzy od pługa"...miasto dawało nam poczucie że jestesmy kimś lepszym jako gatunek ludzki,czymś duzo bardziej scywilizowani...rannny! jaki człowiek byl wtedy głupi i to bardzo.Mieliśmy znajomych i kolegów w okolicznych wsiach ale poczucie wyższości dominowało.Suma sumarum niczym sie od nich nie rózniliśmy..hmm może oni bardziej zapracowani byli a my zbijaliśmy bąki(co oczywista nie zawsze)a może to że innej muzyki słuchalismy,może ciuchami...zresztą to dziś mało istotne ale wtedy bardzo się chcielismy od nich odróżnić.Waznym atutem na wsiach były dziewczyny...były chyba ładniejsze(może nie tak do końca)hmm i lubiły bardziej chłopakow z miasta niż ze wsi,była to ta epoka gdzie miasto nawet najmniejsze w oczach niejednej dziewczyny ze wsi było synonimem dobrobytu i wszelakiej latwości...no i chłopacy(czyli my)zawsze tak jakoś lepiej ubrani ,bardziej rozrywkowi,umiejący rozmawiać z dziewczyną..czyli inni w odróżnieniu od kolegów ze wsi.Więc aby zdobyć ten "łatwowierny" i piękny "towar"jeżdziliśmy na wszelkiego rodzaju zabawy i "dyskoteki"..stawiam to w cudzysłowie..bo cięzko było nazwać dyskotekę w stodole na klepisku..i tak też czasem było!Więc na zabawy jezdziliśmy do Legbąda,Mokrego czasem jak fantazja pusciła i alkoholu ciut więcej to nawet do Zapędowa i Brus.Dyskoteki to głownie Sliwice,Rytel,Krzyż..i wszędzie gdzie cokolwiek się działo dookoła Czerska w sobotni wieczór.Zaczynało się od spotkań na"mieście" jak się wtedy mawiało a dokładnie na przystanku PKS-u z braku innych miejsc,co tu dużo mówić młodzi nie bardzo mieli się gdzie spotykać poza kawiarnią i knajpami,,,sprawdzało się ile jest kasy i przelicznik na "buzony",plus dojazd w jedną strone..z powrotem oczywista z "buta",nie tak jak dziś samochodami i innymi środkami...łatwo nie było ..ale warto!i to absolutnie.A jak była kasa...eee to wtedy inna sprawa była!.."taryfa"i jak mandaryni podjeżdżaliśmy z szykiem i gestem i umawiało się z taryfiarzem na pewną godzinę ale w miejscu ciut oddalonym od imprezy ze względu na wszelkie mordobicia(które zdarzały się baaardzoo często)i czasem trzeba było wiać gdy szanowni rolnicy uruchamiali się i nie przebierali w sprzęcie rolniczym typu "złote brony"czy dyszle dwuzakończeniowe lub sztachety bukowe dwustronnie malowane olejną....sprzęt morderczy...hihi..Na samych zabawach tak 50 na 50 bywało spokojnie (w każdym badż razie z początku)..w pózniejszych godzinach zaczynały się słynne "solo"czyli jeden na jednego i to było jak najbardziej honorowe trzaskanie się,nikt jak np.dziś nie pomyslał aby wyjąć "kosę"czyli nóż...to było nie fair..w samym sobie..mógł dostać dany delikwent baty tak z jednej jak i z drugiej strony...masz ręce to się broń..taka była zasada.Inną sprawą było gdy nawalanka przybrała tzw,charakter grupowy ..no wtedy to róznie bywało..najbardziej stratni byli mieszkańcy co mieli ploty przy miejscu gdzie odbywała się zabawa....nic z takiego nie zostawało..cóż...straty zawsze jakieś muszą być.I róznie też to było z wygranymi czy też przegranymi...jak dostaliśmy baty ..to honorowo bylo się na nich odegrać na własnym terenie...wcześniej czy pózniej zjawiali się w Czersku...i nie ważne było czy był winny czy nie...ważne że był z danej miejscowości..
Ale bywaly tez spokojne powroty..takie 12 km nad ranem(okropność)..z podbitym okiem ..bez papierosów..z kacem jak na Saharze...ale cóż to skutki uboczne czaru tańców i chęci poznanania zamiejscowych piękności.